Kochanie pośpiesz się bo się spóźnimy” – rzekłam. A ona stała i patrzała na mnie, nie bardzo rozumiejąc, co miałaby teraz zrobić. W gruncie rzeczy to ja dałam ciała, nie Ona. To ja nie zorganizowałam się odpowiednio – nie Ona. Ona nie zna poczucia czasu tak jak ja. Ona nie wiedziała, że za minut 15 mamy być na miejscu. Ba. Śmiem rzec, że Ona nawet nie wie, ile to znaczy 15 minut. Dla niej 15 minut to równie dobrze 5 sekund albo godzina. Za to ja, gdyby posadzono mnie w cichym pokoju, w myślach umiałabym odliczyć te 900 sekund. Z mniejszą lub nieco większą dokładnością, ale pewnie dałabym radę. Ona nie. Gdy jednak drugi raz rzekłam „pośpiesz się proszę” sytuacja stała się napięta. Miało być szybciej, a stało się jeszcze wolniej. W pędzie upuściła przytulankę, za chwilę zawołała „siusiu”, by w drodze do toalety przypomnieć sobie, że chce jej się pić. Minęło 15 minut a my nadal tkwiłyśmy w punkcie wyjścia. W domu, z poczuciem totalnego chaosu i jeszcze większą złością, że wszystko nie ułożyło się tak, jak miało się ułożyć.

Tego dnia „pośpiesz się” usłyszała ode mnie setki razy. Już rankiem poganiałam ją, by jadła szybciej, szybciej myła zęby, wierząc, że każda minuta jest na wagę złota, dlatego nie może być tracona na rzeczy, które można robić zdecydowanie mniej mozolnie. A gdy udało się nam wyjść na spacer, w planach którego było krótkie i rzeczowe zwiedzanie Zoo, nawet wtedy, gdy Ona wolno podążała przed siebie goniąc motyle i wąchając każdy napotkany kwiatek, ja mówiłam „szybciej„. Chciałam by zdążyła. Poganiałam ją, dla jej dobra. Chciałam by widziała karmienie fok, by Goryle nie uciekły nam sprzed nosa. A Ona jak na złość, szła jeszcze wolniej. Tu zerknęła, tam zajrzała, podbiegła, upadała, zapłakała. To była normalność, podczas gdy mi tykał wewnętrzny zegar, a jego odgłos z minuty na minutę stawał się coraz bardziej słyszalny.

Tamten dzień zapamiętam na długo. Gdy w końcu udało nam się popołudniu wyjść z domu, pośpiesznie biegnąc na spotkanie, na które i tak byłam już spóźniona, wsiadłyśmy do auta i tym razem wolno ruszyłyśmy przed siebie. Wolniej bo bezpieczniej. Jadąc drogą do naszego celu, usłyszałam za sobą dźwięk karetek, które gnały na sygnale, jedna za drugą. Wolno dojechałam do skrzyżowania, co chwilę zjeżdżając na bok i przepuszczając pędzące auta. Gdy dojechałam do miejsca, które stanowiło punkt zwrotny objazdu, uświadomiłam sobie, co się własnie stało. 10 minut wcześniej zdarzył się wypadek. Nie mam pewności, ale to mogłyśmy być my. Uratował nas czas. To własnie te 5 minut, które spędziłam na wiązaniu jej dwukrotnie butów, zaważyło być może na naszym „być”, lub „nie”. Ten czas, który stawał się moją wyrocznią każdego ranka, popołudnia i wieczora, uratował nam być może życie. Tamtego dnia uświadomiłam sobie, jak bardzo staram się pędzić przed siebie, tracąc coś cennego, a właściwie najcenniejszego – poczucie chwili. Ten moment, kiedy nie patrząc we wskazówki, krążące po tarczy, cieszę się tym, co jest nam dane.

Gdy wróciłyśmy do domu na bok odłożyłam porządki i rzeczy na pozór ważne. Stanęłam w drzwiach jej pokoju i najzwyczajniej w świecie postanowiłam na nią popatrzeć. Rankiem wydawała mi się taka dorosła, podczas gdy miałam przed sobą swoje małe, niespełna trzyletnie dziecko. Takie, które nie potrafi założyć skarpetek do pary, nie zawiąże sznurowadeł , a buzia umorusana czekoladą, mogłaby nie być przez nią myta cały dzień. Może przegapić obiad czy kolację, gdy zaabsorbowana zabawą z Tatą nie liczy czasu. I jest szczęśliwa.

Tak samo szczęśliwa chciałam być ja. Następnego ranka zjedliśmy leniwe śniadanie. Potem przeanalizowałam sobie w myślach, na ile wcześniej musimy zacząć się szykować do wyjścia, by już jej nie poganiać. Bo Ona nie wie. Nie wie ile to jest 15 minut. A ja wiem. I od tamtej chwili wszystko staramy się robić wolniej. Od tamtego dnia, dnia, w którym ja zrozumiałam, co to znaczy „slow life”, zmieniliśmy się wszyscy. A właściwie i ja i Bartek zmieniliśmy swoje podejście do życia. I wiesz co?  Zjadamy życie po kawałku, cieszę się jego każdą minutą. Planujemy i nie pędzimy. Żyjemy tak, by za lat paręnaście nie spytać „kiedy to było?”. Bo wszystko co będzie za nami, było w odpowiedniej chwili, wtedy, kiedy być miało. I tę chwilę zapamiętamy. Każdą. Na zawsze. 

Więc wsiądź do pociągu – ale wybierz osobówkę. W pośpiesznym najpiękniejsze kadry przelecą Ci – niezauważone…miłej podróży – podróży, która nazywa się życiem. 

A Ty – nadal chcesz się śpieszyć?

…a dziś nastał czas by w pudełkach zamknąć zieloną czapkę i płaszczyk szary. Witaj wiosno!

„Mamusiu, a pół minuty to więcej niż 5 sekund?” – rzekła Wiki. „Jasne Kochanie” – odparłam. „To super. Od dziś 5 sekund myję zęby, a aż pół minuty oglądam bajkę ok? A Ty w tym czasie umyj podłogę…”. I wszystko jasne 🙂

nowe-1-344nowe-1-343nowe-1-347nowe-1-341-horznowe-1-346nowe-1-345nowe-1-348nowe-1-349nowe-1-351nowe-1-352nowe-1-354nowe-1-356nowe-1-357nowe-1-358nowe-1-360nowe-1-362nowe-1-363nowe-1-364nowe-1-366-horznowe-1-367nowe-1-369nowe-1-373nowe-1-371nowe-1-372nowe-1-374nowe-1-375